Witam!
Mam na imię Izabela, jetem 25-letnią pielęgniarką, żoną i mamą najwspanialszego na świecie, choć dającego w kość synka, Filipa. Cieszymy się sobą dokładnie 2 miesiące i 7 dni.
Bloga chce zacząć od dnia porodu, który to nie był wcale najpiękniejszym w moim życiu.
W środę 26 września o godz. 20.00 poczułam pierwszy skurcz. Poczekałam
jeszcze godzinkę po czym wzięłam kąpiel, ogoliłam się i powolutku wrz z
mężem zawitaliśmy na porodówce. Skurcze miałam co 8 minut a rozwarcie
jak się okazało na opuszek palca… Mąż wrócił do domu, ja trafiłam na
salę przedporodową, gdzie całą noc męczyłam się ze skurczami a rozwarcie
nie postępowało. W czwartek rano skurcze co 5-6 minut – rozwarcie na
2-3 cm… Cały dzień tak chodziłam, co kilka godzin bolesne badanie
rozwarcia, KTG, i w koło to samo. Poród nie postępował. Doktorzy
zastanawiali się czy dać Oksytocynę czy nie… Nadszedł wieczór, mąż
pojechał do domu a ja dalej męczyłam się ze skurczami. O 22.20 z
czwartku na piątek odeszły mi wody, zadzwoniłam po męża – okazało się,
że rozwarcie jet na 4 cm… Rozpłakałam się, dopadła mnie histeria i
panika. USG wykazało, że dziecko nie jest okręcone pępowiną, ale
ustawiło się twarzyczką zamiast potylicą. W piątek rano skurcze co 4
minuty – zawieźli mnie na salę porodową, gdzie rozwarcie dalej na 4cm…
Przyszedł doktor, zlecił kroplówkę z Oksy o 9.15 i miało już pójść
gładko… Niby dostałam silniejszych skurczy, ale rozwarcie tylko na 5-6
cm… Męczyłam się ze skurczami do 13.30, rozwarcie miałam na 7 cm i
zaczęłam mieć silne ruchy parte. Przeć oczywiście nie mogłam, gdyż
macica mogła ulec uszkodzeniu. Na sali zjawił się wtedy ordynator,
zbadał mnie i rzekł : „CESARKA, wyjścia już nie ma”. W 5 minut byłam
zacewnikowana, podpisałam jakieś papiery, wypełniłam ankietę i już byłam
na bloku. Kiedy anestezjolog podał znieczulenie wreszcie poczułam ulgę,
ból zniknął, ja się uspokoiłam, mój próg bólu został przez te 38 godzin
poważnie nadszarpnięty.
I tak oto po 38 godzinach porodu SN, o godz. 14.00 pojawił się na
świecie Filip. W pełnej okazałości zobaczyłam go dopiero po 19.00 bo
byłam wyczerpana i niezdolna do tego by powierzyć mi dziecko choćby na
minutę…
Dziś jestem pewna, że to moje pierwsze i ostatnie dziecko, takiej gehenny nie wyobrażałam sobie w najgorszych koszmarach…
Tekst trochę suchy, ale w moim porodzie nie było nic pięknego ani
wzruszającego… Pamiętam tylko okropny ból, bezsilność i zrezygnowanie…